Dołącz do nas

Evgeniy Imrekov & Elizaveta Divak - "Każdy trening to cały spektakl"

Każdy trening to cały spektakl. Jewgienij Imriekow-Jelizawieta Diwak


Całkiem niewiele czasu pozostało do jednego z głównych wydarzeń sezonu tanecznego – Mistrzostw Rosji w programie latynoamerykańskim. Zdecydowaliśmy się sprawdzić, jak czują się w przededniu jedni z ich faworytów - Jewgienij Imriekow i Jelizawieta Diwak.

Czy denerwują się bardziej niż inni, przecież będą reprezentować klub, który będzie gospodarzem Mistrzostw? Czy spokojnie wspierają się na imponującym doświadczeniu zawodów? Zresztą, z takimi ukształtowanymi osobowościami, z których promieniuje pozytywny nastrój i ciągłe żarty, interesująco rozmawia się na dowolne tematy…

Opowiedzcie, jak przywitaliście Nowy Rok?

Ż.I.: Wspaniale. Z krewnymi, z rodzicami. Ja witałem za miastem, na naszej daczy. Uważam, że to święto w ogóle powinno być wesołe, rodzinne i [spędzone] z najbliższymi przyjaciółmi. I jeszcze: rozluźniałem się w ten Nowy Rok z wielką przyjemnością – pod koniec roku bardzo się zmęczyliśmy, szczególnie grudzień był bardzo przepełniony.

L.D.: Ja także w wąskim rodzinnym gronie. Spokojnie, dostatecznie cicho. I również nie chciało się nigdzie szczególnie jechać.

W jakim nastroju żegnaliście mijający rok? Czym stał się dla was 2008 i czego oczekujecie od 2009?

Ż.I.: Najbardziej w 2008 roku zapadły mi w pamięć oczywiście mistrzostwa Europy w Hiszpanii. Pierwszy raz znaleźliśmy się w finale, od razu na 5 pozycji. Dla mnie były to oczywiście najsilniejsze wrażenia. No, zobaczymy, co będzie w 2009. Jesteśmy nastawieni na poważną walkę.

L.D.: Mnie również miło było znaleźć się na Mistrzostwach Europy, występować tam w finale. To takie poruszające wydarzenie. I pod koniec roku mieliśmy oczywiście bardzo zapełniony grafik. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam już, czego sobie życzyć, po prostu chciałam odpocząć (śmieje się). Chciałam, żeby był choć tydzień normalnego odpoczynku. A tak…wyszło, że pod bicie zegara nie wymówiłam żadnego życzenia. Ponieważ u mnie z zasady wszystko wychodzi na odwrót, dlatego niczego sobie nie życzę (uśmiecha się).

Kontynuujmy temat świąt. Żenia, masz przecież urodziny 23 lutego. Ile prezentów zazwyczaj dostajesz: jeden czy dwa?

Ż.I.: Staram się w ogóle niczego nie obchodzić (Liza bardzo się śmieje). Nie cierpię swoich urodzin już chyba z 19 lat…Składają mi życzenia ustnie, a jakieś prezenty – oczywiście, jest to miłe. Ale krewni i przyjaciele pamiętają i jest to dobry powód, by się zebrać. Są tam tańce, gitara, szaszłyczki i inne takie rzeczy…

Dlaczego nie lubisz urodzin?

Ż.I. No, tak…wydaje się, że czas mija nieubłaganie…

L.D.(śmieje się): A ja lubię swoje urodziny! Nie mam jeszcze tak wielu lat…

Macie dość niezwykłe nazwiska. Czy możecie opowiedzieć coś o swoich korzeniach?

Ż.I.: Z zainteresowaniem przestudiowaliśmy nasze „drzewo genealogiczne”. Mój prapradziadek nazywał się Timofiej Imriakow, a moją praprababcią była Marija Naryszkina (z tych samych). Byli wspaniali. Utrzymywali „na zasadach dobroczynnych” szpitale i gimnazja. Ich dzieci (cala siódemka) także byli interesującymi ludźmi. Niektórzy z nich zmienili nazwisko na Imriekow. W ogóle jest to wszystko bardzo zajmujące i pouczające. Zdobyliśmy także stare zdjęcia swoich prapra…. otrzymaliśmy stos zaświadczeń z archiwów. A w ogóle Imriak w dawnych czasach stosowano tak jak słowo Imiariek (sądząc według starych słowników) – t.j. „Ktoś”, „ktoś, będący na myśli”. Taka to właśnie gmatwanina.

L.D.: A ja próbowałam znaleźć swoje nazwisko w Internecie…Oprócz mnie wyświetla się tam DJ Divak i różne dziwne napisy (oboje się śmieją)…Ale moje nazwisko jest ukraińskie. I mam ze strony taty krewnych na Ukrainie, sama urodziłam się w mieście Nikołajewie, ale w wieku, prawdopodobnie dwóch miesięcy czy półtora przywieziono mnie do Moskwy i w sumie całe świadome życie mieszkam w Moskwie.

A! Jeszcze kiedy byłam w Bułgarii, powiedziano mi, że Diwak w tłumaczeniu z języka bułgarskiego oznacza człowieka mieszkającego w górach, kogoś w rodzaju dzikusa, o ile zrozumiałam. Ale w rzeczywistości po ukraińsku nie ma takiego tłumaczenia.

Ż.I.: Para – Ktoś i Dzikus!

L.D.: Specjalnie siebie szukaliśmy (oboje się śmieją).

Liza, nie można nie zapytać Cię o Twoje liczne eksperymenty z wizerunkiem, fryzurami. Opowiedz, czy na początku wymyślasz wizerunek i ucieleśniasz go, a potem zmieniają się Twoje odczucia? Czy na odwrót, najpierw następują w Tobie wewnętrzne przemiany i pod nie szukasz nowe emploi? W jakim wizerunku czujesz się najbardziej organicznie i dlaczego?

L.D.: Kiedyś zostałam brunetką – jasny kolor po prostu mi się znudził. I wiedziałam, że w tej kwestii nikt mnie nie wesprze, oprócz mojego partnera. Oczywiście, było strasznie – przez całe życie byłam blondynką, a tu bach – na czarno! Nawet gdy fryzjer namazał mnie czarną farbą, zadzwoniłam do Żeni i mówię: „Żenia, nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli będę brunetką?”. On mówi: „Do przodu!”. Uspokoiłam się: „Dobrze, dziękuję!”. I już, kontynuowałam koloryzację…

Czułam się komfortowo w tym kolorze. Uchwyciłam dla siebie jakieś nowe odczucia w tańcu. To był właśnie ten wypadek, kiedy, wydawałoby się, zmieniasz jedynie część imidżu, a przychodzą do ciebie jakieś nowe uczucia, nowe wrażenia podczas tańca, nowe emocje. Mimo wszystko w tańcu bardzo dużo opiera się na takich niuansach. Potem opinie się podzieliły: komuś bardziej podobałam się jako czarna, komuś – jako biała. W rezultacie zaczęłam miotać się między tymi opiniami. Ustąpiłam. I ponownie pofarbowałam się na biało. Potem zaczęły się poszukiwania kształtu, samej fryzury. Jeśli nie pozwalają zmienić białego koloru, to znaczy, że trzeba coś jeszcze zmienić (uśmiecha się).

Już dawno się obcięłam, miałam już i carre, i asymetrię, i wszystko co można. Potem był boom na carre i żeby nie „zlewać się” ze wszystkimi, zrobiłam ten „zwierzęcy” wizerunek (pokazuje rękami kształt swojej odważnej fryzury ze „Sławy Rosji – 2008). Znów pojawiły się jakieś nowe emocje, zachciało mi się czegoś takiego aktywnego, takiego mocno energetycznego z wewnątrz.

Chcę po prostu wolności, nowych odczuć: i w ruchu, i we fryzurze, i w kostiumie.

Ciężko jest nosić koronę?


L.D.: No, jeszcze na razie nie przymierzałam korony (śmieje się). I dzięki Bogu, na pewno!

Żenia, a Ty zawsze tak na luzie odbierasz eksperymenty Lizy? Ty także musisz się z pewnością nastawiać na nowy wizerunek…

Ż.I.: Tak! W ogóle sam lubię eksperymentować. Staramy się nie trwać  w jednym stylu, ale szukamy nowych powiewów.

A czy były na parkiecie jakieś stroje, wizerunki, przypadkowe, nieudane, za które potem było niezręcznie?

Ż.I.: Mówiąc szczerze, nie przypominam sobie takich rzeczy. Wszystkie improwizacje, jak wiadomo, długo są przygotowywane. I poważnie odnosimy się do takich eksperymentów z wyglądem. Słuchamy rad specjalistów, pedagogów.

L.D.: Z sukienkami w ostatnim czasie bardzo mi się poszczęściło. Znalazłam swojego mistrza i znaleźli mnie moi sponsorzy, którzy mi pomagają. Jest to Dom Handlowy i Dom Modeli „ESTA” na Piatinckiej. Mam wspaniałego artystę od kostiumów – to Irina Anatoljewna. I w ogóle to tam rodzą się wszystkie idee, wszystkie obrazy, które odnoszą się do kostiumów.

Liza, a czy w życiu też jesteś elegantką? Codziennie myślisz nad entourage, makijażem, fryzurą?


L.D. (śmieje się): Proszę na mnie spojrzeć – dżinsy, walonki…(Liza ma na sobie kozaki-uggi, wąskie dżinsy i wełniany szary golf z napisem ze strasu na piersi).

No…czasami jestem w takim nastroju, kiedy chcę się bardziej wystroić. Ale generalnie nie lubię na co dzień nosić rzeczy jaskrawych, wyzywających, supermodnych-eleganckich. Dlatego że z reguły dni powszednie są bardzo aktywne. Trzeba zdążyć na przymiarkę, do pracy, na trening, potem pełznąć do domu i to wszystko w transporcie publicznym, dlatego że póki co nie mam jeszcze własnego.

Opowiedzcie, jak się tańczy w klubie, który reprezentujecie. Jest tam przecież wiele par o wysokiej klasie, czyli jest silna konkurencja? Czy obserwowaliście próby zepchnięcia was z pozycji liderów?


Ż.I.: Konkurencja jest motorem postępu. A „Russkij kłub” – zawsze się tym sławił. Zawsze była tu wspaniała drużyna, o ile pamiętam. Kiedy przeprowadziłem się do Moskwy w 93 roku, od razu tu trafiłem i wtedy konkurencja była jeszcze mocniejsza niż teraz.

L.D.: Tutaj jakoś obcy się nie przyjmują…od razu po cichu stąd odchodzą...sami jakoś się przesiewają.

Ż.I.: Tak, to prawda. Jeśli ktoś próbuje znaleźć tu coś w rodzaju „polityki”, to w zasadzie tego nie ma.. Tu rzeczywiście oceni się pracę, zaangażowanie, talent.

L.D.: Tutaj ludzie uczą się tańczyć.

Ż.I.: Kiedy tylko przyjechałem z Omska, byłem w szoku, kiedy to wszystko zobaczyłem. Par w sali było tyle, że nie było gdzie szpilki wetknąć. Niby znalazłem miejsce na parkiecie, pracuję, a obok ćwiczą: Riupin, Pawłow, Borowscy, Timochin (wtedy były otwarte warsztaty, przychodził do nas nawet Timochin). Tutaj wszystkimi „rządzą” Nikowskij i Dawydowa. Szum, muzyka, krzyki, tempo. To było po prostu coś!

Ale przez to momentalnie się rozwijasz. Trenujesz i uczysz się w praktyce jeszcze „oczami”. Po pół roku, odkąd przeszedłem do „Russkogo kłuba”, przy tym, że nikt nas jeszcze nie znał, znaleźliśmy się w finale mistrzostw Moskwy. Tutaj tancerze wzrastają w swoim mistrzostwie bardzo szybko.

L.D.: I teraz razem z nami – amatorami i  parami zawodowymi na warsztatach ćwiczą Juniorzy-2, Młodzież. Dzieci mają na kogo popatrzeć.

Ż.I.: To czarodziejski klub, atmosfera jest przytulna. I wielką rolę odgrywają tu oczywiście nasi pedagodzy, dlatego że takiej energetyki nie widziałem nigdzie na świecie. To, co Wiktor Nikowskij robi na treningach – nie da się tego przekazać – i Łarisa Dawydowa…jak oni to prezentują, jak wkładają w nas duszę…

L.D.: Tak dobrze wyjaśniają każdej parze…Każdy trening – to cały spektakl, w którym z przyjemnością uczestniczysz.

Ż.I.: Staramy się w każdym tańcu, na każdym turnieju zobaczyć i pokazać coś nowego. To także wyszło od naszych pedagogów. Teraz mamy wąski krąg pedagogów, to znaczy: Wiktor i Łarisa – to nasi trenerzy, jest jeszcze kilku zagranicznych pedagogów, z którymi pracujemy. Wszyscy dają oczywiście bardzo różne informacje, mają różne drogi do osiągnięcia wyniku, zawsze nową jakość i niuanse. Staramy się wszystko przeanalizować. Wiktor sam, nawet dzisiaj, ciągle bierze lekcje u czołowych specjalistów! I oczywiście stara się nam przekazać tę informację, spróbować znaleźć coś nowego. Dopóki sam nie poczuje przez siebie, nie będzie tego dawał. To oczywiście oszałamiająca pracowitość.

Dobrze, w klubie macie konkurencję i komfortową atmosferę. A jak komfortowo jest Wam na tablicach turniejowych, w rankingach kraju?

Ż.I.: Ponieważ jesteśmy sportowcami, oczywiście uważnie obserwujemy swoje „miejsce” na świecie i w naszym kraju.

Robię aluzję do tego, że 3. miejsce do Was jakby „przyrosło”.

Ż.I.: Tak jak i pierwsze, i drugie także do kogoś „przyrosły” (oboje się śmieją). No ale co z tym zrobisz?

I jak się Wam z tym żyje?

L.D.: Niełatwo się żyje! Wziąłeś „koronę” /miejsce, Puchar, tytuł/ - trzymaj! Myślicie, że to takie łatwe: zająłeś trzecie/drugie, pierwsze/ miejsce i możesz sobie siedzieć i odpoczywać. Ciągłe napięcie, konieczność ciągłego potwierdzania klasy i mistrzostwa w Rosji i na Świecie. Jak tylko się zagapisz, rozluźnisz, od razu cię zmiotą.

Ż.I. Trzeba zrozumieć, że nie ma przypadkowych par. Jeśli wziąć, przypuśćmy, nasz rosyjski finał, przecież nie występujemy tylko w Moskwie, trzymając się swoich miejsc. Wszystkie wyniki są potwierdzane za granicą. Są wielkie europejskie turnieje, na których się spotykamy, gdzie „ścieramy się” siłami, gdzie nas „sądzą” dziesiątki specjalistów z dziesiątków krajów. Wszystko jest potwierdzone światową praktyką dziesiątków turniejów. Na razie jest to taki rozkład. Ale zrobimy wszystko, aby awansować wyżej.

L.D.: Wszyscy zawodnicy są godni swoich miejsc, w ciągu wielu lat oddali wiele sił po to, by stać na tych stopniach.

Ż.I.: Oczywiście! Jest mi tak zabawnie, gdy czasem usłyszę: cóż, nie da się przebić…Pamiętam, jak my awansowaliśmy. Nie pytaliśmy nikogo o zgodę na zwyciężanie. Jeździliśmy po świecie, zwyciężaliśmy na międzynarodowych turniejach, pokazywaliśmy, czego nas nauczono. Awansowaliśmy w międzynarodowym rankingu tancerzy. W nim jest chociaż coś ze sportu w naszej dyscyplinie sportu (śmieje się). Są w nim punkty i najlepsze wyniki za sześć najlepszych turniejów są uwzględniane (nie wszyscy o tym wiedzą) i im większy i bardziej reprezentatywny (ze względu na uczestników i arbitrów) jest turniej, tym więcej jest punktów. Tam ilością uczestnictwa w „przejściowych” turniejach nic nie wskórasz…Jeśli czujesz swoją siłę, zwyciężaj, wyjeżdżaj na zagraniczne turnieje i zwyciężaj nas tam. I wtedy w Rosji będzie się zmieniać twoja pozycja. Jeśli możesz to zrobić – rób tak. Krążą słuchy, że można także jakoś inaczej, t.j. pobawić się w politykę, kogoś zainteresować. Ale my w te gry nigdy nie graliśmy. Takie wyniki – to tylko na godzinę. Wszystkich nie zainteresujesz. Mamy bardzo dużą planetę.

Mówicie, że Mistrzostwa Europy zmusiły Was do podenerwowania się…Macie bardzo bardzo dużą praktykę konkursową, często się w ogóle denerwujecie?

L.D.: Ja z reguły na jakichś najbardziej odpowiedzialnych turniejach, takich jak finałowy Grand Slam, Mistrzostwa Rosji, Mistrzostwa Europy, wielkie i posiadające autorytet turnieje klasyfikujące. Wszystkie te turnieje są dla mnie bardzo ważne. Tu zbierają się najlepsze siły taneczne i najlepsi arbitrzy z całego świata. Bardzo często zapraszają nas na zagraniczne turnieje jako „faworytów”, aby podnieść poziom turnieju itd. Tu jest oczywiście mniej nerwów, ale staramy się pokazać najlepsze, co umiemy, promować nasz kraj i współczesny taniec sportowy w najróżniejszych zakątkach świata i przed najróżniejszą publicznością.

Ż.I.: Tak, pod koniec roku, kiedy tańczymy prawie co tydzień, o zdenerwowaniu i zmęczeniu w zasadzie nie myślisz, a taniec, jego jakość – jest na poziomie. W połowie roku – jest szczyt formy.

Czy to prawda, że oprócz wytrzymywania takiego grafiku, jeszcze nigdy się nie kłócicie?

L.D. (zwracając się do partnera): Nie pamiętam żadnego razu, żebyśmy się kłócili, krzyczeli na siebie, potem nie rozmawiali…Ani razu tak nie było…

Ż.I.: Ja po prostu nie rozumiem – jaki to ma sens? (śmieje się)

L.D.: Po prostu mój partner ma taki miękki i kompromisowy charakter – nie można się z nim pokłócić. Przy tym odnosi się do swojego zajęcia profesjonalnie – jest to podstawa naszych stosunków.

Ż.I.: Liza jest moją najlepszą partnerką i najprzyjemniejszym w kontakcie człowiekiem. A ja w ciągu lat spędzonych w tańcach sportowych, zgodzicie się, mam z kim porównywać. Jesteśmy prawdziwymi partnerami w tańcu, bardzo rozumiemy siebie nawzajem i  nie mamy czego dzielić.

L.D.: Problemów i rzeczy negatywnych i tak jest pełno w życiu. Na treningach i zawodach staramy się tymi problemami nie obciążać siebie nawzajem.

Ż.I.: Bardzo nam się poszczęściło: mamy z Lizą podobne charaktery i często tak samo myślimy.

A gdyby Wam się mniej poszczęściło – z partnerami, pedagogami, z odmierzoną częścią talentu – i nie znaleźlibyście się na określonym poziomie tańca, to mimo tego kontynuowalibyście treningi? Jak bardzo poważnie?


Ż.I.: Nie, gdybym zrozumiał, że nic na mnie tu nie czeka, oczywiście nie zajmowałabym się tym.

L.D.: Gdybym w jakiejś chwili, na przykład, zrozumiała, że nie mam szczególnych wyników, to szybko pobiegłabym, aby zdobyć jakieś inne poważne, normalne wykształcenie i jakoś zarabiać dalej na życie. Ale taniec sportowy na zawsze zostałby dla mnie przyjemnym i pożytecznym hobby.

Kim moglibyście zostać w takim wypadku? W kogo bawiliście się w dzieciństwie? – w lekarzy, nauczycieli…

L.D. (gdy skończyła się śmiać): ja w dzieciństwie zajmowałam się muzyką, skończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Skończyłam z wyróżnieniem.

Ż.I.: A ja, gdybym wiedział, jak się wszystko ułoży, poszedłbym grać w piłkę nożną! (i znów wszyscy się śmieją). W ogóle mam piłkarską rodzinę. Dziadek – to zasłużony trener Rosji w piłce nożnej, wujek grał w moskiewskim „Spartaku” w latach 90, potem grał w Austrii, teraz moi kuzyni są zawodowymi piłkarzami – takie pieniądze zarabiają…Kiedy ja za swoje pieniądze jadę na zawody, oni kręcą palcem koło głowy. Nie wiem, o czym myśleli moi rodzice (uśmiecha się)…ale jeszcze moją siostrę zaangażowali w taniec…Ale, jak się wydaje, udało się nam. Teraz bez tańca sportowego nie wyobrażam sobie swojego życia.

Chociaż wydaje mi się, że za co bym się nie wziął, to udałoby mi się. Na przykład, dobrze łowię ryby /czasem nawet duże/, smacznie przyrządzam mięso, umiem szukać grzybów, dobrze strzelam ze strzelby, mogę napisać wiersz, dobrze prowadzę samochód, skuter, mogę zbić ławkę – patrzcie, ile talentów. W razie czego nie zginę.

L.D.: Ja w żadnym wypadku nie żałuję, że zapisano mnie na taniec. Teraz bardzo się cieszę, że wszystko tak się ułożyło. I nie wyobrażam sobie, jakbym teraz żyła, gdybym nie tańczyła. Tak więc szalenie mi się to podoba. Nawet nie zważając na zmęczenie i te wszystkie wariackie wydatki – wszystko jedno, nie zamieniłabym tańca na nic innego.

Sprawiacie wrażenie ludzi, którzy do wielu rzeczy odnoszą się z tolerancją, filozoficznie. Jak myślicie, dlaczego w takim razie stosunek do waszej pary jest „czaro-biały”: wielu Was uwielbia, ale są i tacy, którzy Was w ogóle nie przyjmują? Dlaczego właśnie Wy wzbudzacie tak ostre przeciwstawne oceny?

Ż.I.: Jeśli tak jest, to jestem szczęśliwy. Najważniejsze, żeby nie było wobec nas obojętnego stosunku.

J.D.: Tak, chciałam to samo powiedzieć.

…Być może wybraliśmy swój, niepodobny do „standardowych” ujęć, styl tańca. Pedagodzy o dużym autorytecie radzą nam zachować i rozwijać swój styl, takie zachowanie. Być sobą…

Ż.I.: Pamiętam, kiedy miałem zauważalny wzrost w wynikach i ciągle szukałem wtedy jakiegoś swojego wizerunku, ciągle o tym myślałem. Patrzyłem na tych ludzi, którzy mi się podobali i próbowałem od każdego wziąć troszeczkę. Eksperymentowałem. A jeśli znalazłeś coś „swojego” – od razu to poczujesz: poprzez opinie, wyniki.

L.D.: Przecież o gustach się nie dyskutuje, prawda?

Cieszę się, że ludzie tak reagują. Niech się podoba, niech się nie podoba, niech się kłócą – to dobrze.

Nad czym teraz pracujecie, kontynuując ruch w wybranym kierunku?

Ż.I.: Wydaje mi się, że przez cały czas trzeba eksperymentować z wizerunkiem, z pomysłem. Ciągle opowiadać jedną i tę samą historię – to nudne. Kroki taneczne – wszyscy wykonują je tak samo. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Ale najważniejsze – jaki sens wkładasz w ruchy? Czy masz co opowiedzieć. O mistrzach się mówi: „On rozumie, CO tańczy!” Przekazać widzom i arbitrom jakąś swoją historię tańca, swoje rozumienie, przykuć uwagę sędziów i publiczności  - oto gwarancja sukcesu. Takie najtrudniejsze zadanie stawiają przed nami nasi pedagodzy.

Opowiedzcie o nich bardziej szczegółowo…

Ż.I.: Oprócz Wiktora i Łarysy są to Hans Galke, Rudy Vermey, Peter Maxwell, Barbara Ambroz.

L.D.: niedawno pracowaliśmy z Karoliną Smith, bardzo przyjemnie było z nią popracować, bardzo nam się spodobało.

Ż.I.: Tak, to wspaniali pedagodzy! I wszyscy są inni. Oczywiście, z Hansem pracujemy bardziej nad techniką, nad elementami bazowymi, gania nas na najwyższych obrotach. Rudy – to, oczywiście – obraz tańca, historia, emocje.

L.D.: On wymaga kontrastów, niuansów, nerwu w każdym tańcu…aby nikt się nie nudził.

Ż.I.: Tak, to jakieś wariactwo! On jest oczywiście genialny. Barbara to oczywiście muzykalność, rytm, ruch. Wszystko to tak dokładnie czuje.

L.D..: body language…

Ż.I.: A Wiktor już to wszystko łączy. Mówi: to zostawcie, to zabieramy, o tym zapomnijcie, to jest wasze, to nie jest wasze…Macie! Za co, pytam, płaciliście pieniądze? Żart!

L.D.: i sam nas…raz pognał, pognał…Nasz trener jest wszechstronny!

Jak wyobrażacie sobie siebie tak…za 50 lat?


L.D.: Żenia, opowiedz, czego chcieliście z Aleksiejem (śmieje się). Mamy bardzo dobrych przyjaciół – Ania Firstowa i Losza Silde,  i chłopaki mają plany…

Jakie?

Ż.I. (marzycielsko): Chcemy kupić wielki dom nad morzem, hodować konie (wybuch śmiechu). Proszę z nim porozmawiać, opowie wiele ciekawych rzeczy.

Już z nim rozmawiałam, nie mówił, ciągle coś o biznesie, o biznesie…

Ż.I.: No, to marzyciel, żyje w świecie iluzji (śmieje się).

L.D.:…usiąść na werandzie, rozkoszować się widokiem zachodzącego do morza słońca …

Ż.I.: Marzenia nie do spełnienia! Chociaż do willi kuzynów-piłkarzy będzie można kiedyś pojechać. Jeśli poważnie, to jeśli wszystko pójdzie normalnie, będziemy myśleć, co interesującego można z tego wszystkiego wycisnąć – ze świata tanecznego, naszego doświadczenia i zdolności. To może być swój klub taneczny, bycie trenerem, a być może zupełnie inna praca, nie w tym kierunku. Zobaczymy, co może się udać. Dopóki są siły, będziemy tańczyć, a potem zobaczymy.

L.D.: W każdym razie czas pokaże. Marząc, nigdy nie zgadniesz.

A jeśli fantazjować, zawsze marzyłam, żeby być taką maleńką chudziutką babuleńką, jak w filmie „Stój, bo mamuśka strzela” („Stop! Or My Mom Will Shoot!"). I właśnie chciałam być taką babulką, w adidasach, w dresie, z maleńkim pieskiem i w WIELKIEJ bryce (śmieje się). Jakoś chcę być aktywna do końca moich dni, to znaczy, żebym nigdy nie stałą się nudną zrzędzącą babką. Chcę się palić do końca!!!

Pytanie, którego nie można nie zadać: jak układają się sprawy w Waszym osobistym życiu?

L.D.: Ciągle czekam! Myślę – no nie może się obejść wywiad bez takich pytań (śmieje się).

Ż.I.: W życiu osobistym wszystko wspaniale…(patrzę na niego pytająco, aby opowiedział bardziej szczegółowo, ale Żenia przenosi oczy na Lizę, uwagę której odwrócił telefon) Co się odrywasz, no, zaczynaj! (Liza w odpowiedzi się śmieje).

Tak, mam dziewczynę, wkrótce minie rok, odkąd jesteśmy razem. Ona również tańczy, ale najważniejsze, że jest dobrym, bliskim mi duchowo i przyjemnym we wszelkich stosunkach człowiekiem.

L.D.: Ja bardzo dawno spotykam się ze swoim chłopakiem. I już. To wszystko (śmieje się).

Czy jest zazdrosny o Ciebie z tego powodu, w jakim świecie się obracasz i jak wyglądasz na parkiecie?

L.D.: Jest strasznie zazdrosny. (Filozoficznie) Ale co robić…Chociaż szczególnych powodów do zazdrości nie dawałam.

Bardzo Wam dziękuję za wywiad i życzę powodzenia na zbliżających się Mistrzostwach!

L.D. i Ż.I.: Dziękujemy bardzo! Bardzo miło nam się rozmawiało.

P.S. Już w samochodzie para się wygłupiała – być może, dodać do wywiadu skandal? I puścić kaczkę dziennikarską o tym, że mają nieślubne dziecko, które wychowuje na daczy babcia Żeni?

Data: 25.01.2009
Źródło: www.dancesport.ru

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

PDFDrukujEmail
piątek, 10 kwietnia 2009 16:59